"Misie" - fundusze po przejściach, fundusze do wzięcia

      
    
Niezależnie o finansach / 2017-08-25 / autorzy: Maciej Rogala

Wielu Polaków boleśnie doświadczyło skutków euforii na giełdzie w latach 2005-2007, która zakończyła się paniczną wyprzedażą. Dotyczy to zwłaszcza osób, które inwestowały poprzez fundusze małych i średnich firm, czyli tak zwane misie. Ta trudna i bolesna przeszłość wciąż stanowi barierę dla popytu. Jednak wraz z poprawą stanu gospodarki, wzrostem zysków firm napędzających polską gospodarkę ta bariera w pewnym momencie pęknie.

Emocje rządzą decyzjami inwestorów. To truizm, o którym wie niemal każdy z nas. Jednak mamy bardzo silne wewnętrzne opory, aby odnieść to wprost do siebie. Mówimy sobie, że owszem, większość osób jest targana emocjami, ale ja do tej większości nie należę. Czasem, jeżeli mieliśmy bolesne doświadczenia w przeszłości, jesteśmy w stanie przyznać się, że my także byliśmy pod wpływem emocji, ale chwilę później podkreślimy, że to należy już do przeszłości.

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że powyższe opinie, przekonania, to w dużej mierze iluzja. Nigdy nie uwolnimy się od emocji, gdy chodzi o nasze pieniądze, szczególnie o te, które odkładamy z myślą o przyszłości. Po prostu jest niemożliwe, bo przywiązujemy zbyt dużą wagę do odkładanych pieniędzy. Najczęściej oszczędzamy z obawy przed niepewnością jutra, a więc już u podłoża tej decyzji leżą głębokie i silne emocje, także emocja najsilniejsza - strach przed niepewnością jutra.

Chociaż od czasu bessy minęło ponad 8 lat, a na światowych rynkach akcji bite są kolejne rekordy wszechczasów, Polacy wciąż pozostają bardzo konserwatywni w swoich wyborach, jeśli chodzi o sposób inwestowania oszczędności. Większość z nas w ogóle nie inwestuje, bo przecież ponad 60% oszczędności trzymamy w bankach, co więcej, na rachunkach bieżących przy zerowym oprocentowaniu.

Czy to jest racjonalne podejście? Absolutnie nie, bo przy inflacji przekraczającej 2%, tracimy. Nasze oszczędności tracą swoją siłę nabywczą.

Dlaczego godzimy się na straty, chociaż nienawidzimy ponoszenia strat? Bo obawiamy się, że wybierając inne formy, poniesiemy jeszcze większe straty.

Wyobraźnia to miejsce, ta cząstka nas, w której strach nabiera przysłowiowych wielkich oczu. Tam właśnie rodzi się bariera przed inwestowaniem w bardziej agresywne formy, w tym przed inwestowaniem w misie.

Mija właśnie dziesięć lat od szczytu hossy na GPW. Jednostki uczestnictwa większości misiów są poniżej wycen z tamtego okresu. Był to okres, kiedy wyceny jednostek funduszy małych i średnich firm spadły o ponad połowę, nierzadko o dwie trzecie. Tak bolesne doświadczenia powodują, że popyt na te fundusze, pomimo wyraźnej poprawy na rynkach, także na GPW, wciąż jest bardzo umiarkowany.

A o bieżących wycenach akcji decyduje wyłącznie jeden czynnik: relacja popytu i podaży. Fundamenty, stosunek ceny do zysku, ceny do wartości księgowej często się zmieniają w zależności od aktualnej atmosfery na rynku.

W latach 2005-2007 wyceny jednostek uczestnictwa misiów były pod coraz większą presją popytu. To wyłącznie popyt od głodnych coraz wyższych zysków inwestorów spowodował, że w pewnym momencie wyceny jednostek tychże funduszy oderwały się od fundamentów. Kwestią czasu pozostawało to, kiedy bańka euforycznego popytu pęknie. To było pewne, nie znany był jedynie moment załamania.

Dzisiaj mamy sytuację zgoła odmienną. Wyceny jednostek tychże funduszy są także pod presją, tym razem braku popytu ze strony rodzimych inwestorów. Akcje największych spółek w ostatnich miesiącach zachowują się zupełnie odmiennie, ale nie dlatego, że są lepszą inwestycją pod względem fundamentów, ale z powodu swojej dużo wyższej kapitalizacji i tego, że popyt pochodzi w większości od inwestorów zagranicznych, dla których małe i średnie spółki z GPW są zbyt małe.

Tak jak nieuchronny był moment, w którym euforia rozpoczęta w 2005 roku się zakończy i to bardzo boleśnie, tak samo dzisiaj, swego rodzaju bańka ostracyzmu ze strony rodzimych inwestorów w stosunku do misiów, też musi się kiedyś skończyć - jeżeli spełni się scenariusz dynamicznego rozwoju polskiej gospodarki. Coraz wyższe zyski małych i średnich spółek spowodują, że ta bańka pęknie i zaczną płynąć środki do tychże funduszy.

Jak przełamać strach przed ryzykiem inwestowania w misie?

Proponuję inaczej spojrzeć na przeszłość tychże funduszy. Ona pokazuje, że w przypadku tej inwestycji kluczowy jest popyt i podaż; to dlatego ich wycena podlega bardzo dużym okresowym wahaniom. Jeżeli obawiamy się powtórki sytuacji z lat 2007-2009, to skupmy uwagę na tym, że jej najważniejszym symptomem była ogromna nadwyżka popytu nad podażą. Dzisiejsza sytuacja wygląda zgoła inaczej - popyt i podaż pozostają w wielkim uśpieniu.

Inwestując niewielką część posiadanego kapitału, zabezpieczymy się przed powtórką euforii z lat 2005-2007. Gdy nastanie podobny okres, to my skorzystamy na nim od samego początku, a na pewnym jego etapie, gdy będziemy się zastanawiali, czy nie jest już za późno.

Z drugiej strony, oczywiście misie są funduszami o bardzo dużych okresowych wahaniach. Dlatego najlepiej nawet inwestycję niewielkiej części naszych oszczędności, załóżmy 5%, lepiej rozłożyć na raty, właśnie na ewentualność tego, że wyceny jednostek funduszu małych i średnich firm będą jeszcze niższe niż obecne.

Kolejnym elementem, jaki możemy uwzględnić, jest odpowiedni dobór celu do naszej inwestycji w misia. Fundusze akcji małych i średnich firm w bardzo długim horyzoncie czasowym przynoszą na ogół wyższe zyski niż tradycyjne fundusze akcji. Dlatego miś może być pewną częścią naszego portfela funduszy w ramach IKE lub IKZE, czyli w naszym prywatnym planie emerytalnym.

Opakowanie misia w IKE lub IKZE, oraz rozłożenie inwestycji na niewielkie systematyczne wpłaty, nie tylko ograniczy nasze ryzyko inwestycyjne - nie tylko zwiększy prawdopodobieństwo tego, że na naszej inwestycji zarobimy dużo więcej niż na lokacie bankowej, ale także da nam tę korzyści, że wysokimi zyskami nie będziemy musieli dzielić się z fiskusem.

 

 


 
Maciej Rogala - doświadczony konsultant i szkoleniowiec, specjalizujący się w funduszach inwestycyjnych i dobrowolnych planach emerytalnych. Prowadzi firmę doradczo-szkoleniową EDINEM – Edukacja Inwestycyjna i Emerytalna. Jest autorem czterech książek, w tym trzech poradników inwestycyjnych: Otwarte fundusze inwestycyjne. Zasady są proste (2006 rok), Rozważny inwestor. Daj sobie radę (2010 rok) oraz III filar Twojej Emerytury. Przygotuj dobry plan na lepszą przyszłość (listopad 2011).

Niniejszy materiał jest opinią eksperta i odzwierciedla jego osobiste poglądy. Spółka nie ponosi odpowiedzialności za trafność oraz kompletność przekazywanych przez eksperta informacji. Opinie ekspertów odzwierciedlają ich osobiste poglądy i nie należy interpretować ich jako opinii lub stanowiska Union Investment TFI S.A.